poniedziałek, 14 lipca 2014

Mozaikowe odwzorowywanie

Ostatnio na blogu Kreatywni się nie nudzą zobaczyłam pewien pomysł na zabawę przy której Dziecko musi nieco ruszyć główką i tak mi się spodobał, że też coś takiego razem Dusią przygotowałam.

Na początku na tekturce narysowałam planszę z 49 polami o wymiarach 4/4 cm a potem z kolorowego bloku wspólnie z Dusią powycinałam kwadraciki o takich samych wymiarach. Postanowiłam jednak bardziej zaszaleć i powstało 60 kwadratów w 6 kolorach :)


Potem na nieco mniejszych, również pokratkowanych karteczkach namalowałam różne wzory (Dusia tez stworzyła dwa). Narazie powstało ich 12.


Gdy wszystko było gotowe można było przejść do zabawy. Zadanie polegało na tym by mozaikę z małego szablonu przenieść na dużą planszę :).



niedziela, 13 lipca 2014

Szpitalnie

Kto zagląda na FB wie, że byłam z Dusią w szpitalu. Było to nasze drugie podejście, bowiem miesiąc temu katar uniemożliwił przeprowadzenie zabiegu. W końcu udało się zwalczyć to dziadostwo dłużej niż na 2 dni, więc we wtorek zgłosiliśmy ten fakt a w środę przed południem otrzymaliśmy telefon ze szpitala, że mamy się stawić dnia następnego.

Pojechaliśmy tak jak nakazano na 9.30 i o dziwo po paru minutach (poprzednio czekaliśmy 1,5 godziny) mieliśmy za sobą konsultacje. Tym razem nie było żadnych przeciwwskazań więc pokierowano nas na oddział, do konkretnej sali itd. Zajęłyśmy łóżko, rozpakowałyśmy się, Dusia przywdziała piżamkę i... czekaliśmy na zabieg (tak naprawdę nikt nam nie powiedział o której będzie go miała)... godzinę... dwie... cztery... sześć. Szczerze mówiąc myślałam, że zniosę tam jajko... Dusia choć na nudę w tym czasie nie narzekała to pomału zaczynała być głodna, bo przecież nic nie jadła cały dzień a i pic od 8 już nie mogła (choć i tak podziwiam ją, że tyle czasu wytrzymała bez większego marudzenia, bo bardzo się o to obawiałam).

Razem z nami na sali była jeszcze 2 Dzieciaczków (3 i 6 lat). Dusia polubiła się z nimi a ich Mamy też były całkiem sympatyczne, coś tam sobie pogadałyśmy i na szczęście jedna z nich  paliła więc jak G. pojechał do domu to sobie na zmianę co jakiś czas wychodziłyśmy na fajeczkę ;)

W końcu o godzinie 16 przyszła po nas pielęgniarka i zaprowadziła na blok operacyjny... Odziana we wszelkie możliwe ochraniacze weszłam z Dusią na salę, stojąc obok łóżka i trzymając ja za rączkę, poczekałam parę minut do momentu jak odpłynie i wyszłam... Zabieg trwał nieco dłużej niż godzine a ja (razem z G.) czekałam na oddziale na kolejne wezwanie pielęgniarki która dała znak, że mam iść na sale pooperacyjną gdzie otrzymałam instrukcje, że mam siedzieć obok, nie dotykać dziecka do momentu jak samo zacznie się budzić a potem pilnować, żeby przy wybudzaniu nic sobie nie zrobiła. Powiem Wam, że ciężko było powstrzymać łzy gdy tak patrzyłam na Dusię... z maską na buzi, z rureczką, śladami krwi wokół ust i w uszu, podpiętą pod monitor :(. Ale świadomość, że lada moment się obudzi, zdezorientowana co się dzieje (pierwsze co powiedziała po otworzeniu oczu to "co się stało?") nie pozwalała mi się rozkleić.