czwartek, 1 grudnia 2016

Franko uczy się mówić – czyli o dźwiękonaśladowczych zabawach

Gdzieś w okolicach roczku mój synek zaczął interesować się dźwiękami. A konkretnie – wyrazami dźwiękonaśladowczymi. Zdaje się, że jest to jeden z pierwszych etapów nauki mówienia. Z wielką radością zaczął obserwować, jak rodzice wygłupiają się, wydając z siebie jakieś dziwne dźwięki. Matka postanowiła więc wkroczyć z całym arsenałem naukowym, jaki przyszedł jej do głowy.


Zaczęliśmy od kultowej „Księgi dźwięków”. W internetach chwalą i polecają, więc zamówiłam w ulubionej taniej księgarni. Usiadłam z synkiem pełna zapału, bo ponoć dzieci godzinami przeglądają tę książkę i błagalnym wzrokiem wymuszają na rodzicach wydawanie kolejnych dźwięków. Ale nie u nas. U nas książka poszła w odstawkę. Nie mam pojęcia, co jest z nią nie tak. Akurat mi nie podoba się w niej szata graficzna, ale mojemu dziecku podobają się tak dziwne rzeczy, że w tym nie szukam przyczyny. Po kilku tygodniach synek zaczął samodzielnie przeglądać tę książkę, ale ewidentnie nie był zainteresowany zabawą w wydawanie i powtarzanie dźwięków. Obecnie więc „Księga dźwięków” służy głównie do wyszukiwania w niej ulubionych zwierząt gospodarskich.


 

Drugą pozycją była wydawnicza nowość „Pucio uczy się mówić”. I tu były trudne początki, zainteresowanie synka niemal na poziomie zerowym. Zachęcałam na różne sposoby, ale to również nie było to. Fakt, że Franko jest uzależniony od „Ulicy Czereśniowej” i trudno znaleźć coś, co oderwie go od ulubionej serii na dłużej, ale nie poddawałam się i regularnie proponowałam Pucia. W końcu zaskoczyło! Synek zaczął sam przynosić tę książkę do wspólnego oglądania. Pokazuje palcem na kolejne obrazki i każe mi je nazywać, a ja z radością wydaję z siebie kolejne dźwięki, szalejąc z radości, kiedy moje dziecko próbuje je powtarzać. (Choć i tak najlepsza jest zabawa w wyszukiwanie na każdej stronie czarnego kotka…)


Przyszedł czas na kolejny internetowy hit – „Lalo gra na bębnie” oraz „Babo chce”. W serii znajduje się również „Binta tańczy”, ale tej części nie posiadamy. Mieliśmy te książki na półce już od dawna, ale nie proponowałam ich synkowi, ponieważ nie radził sobie z cienkimi stronami (tzn. radził sobie z nimi świetnie – próbując wyrywać je, drzeć i gnieść, czyli uprawiał sobie prywatne zajęcia sensoryczne). Nie przemawiała też do mnie szata graficzna tych książek. Ale kolejny raz Franko udowodnił, że ma swój własny gust, a matce pozostaje się do niego dostosować. Czytamy o przygodach Lalo i Babo codziennie, a kiedy skończymy… to zaczynamy od nowa. Chyba będę musiała nabyć trzecią część, bo te już znam na pamięć.



W nauce dźwięków wykorzystujemy też inne pomoce. Bardzo ciekawe są karty obrazkowe „Dźwięki” od Kapitana Nauki. Pojawiają się na nich zdjęcia (zdjęcia, a nie rysunki, co jest dużym ich atutem) różnych zwierząt, pojazdów i przedmiotów, a na odwrocie opisane są stosownymi wyrazami dźwiękonaśladowczymi. Franko lubi oglądać te karty, wybiera spośród nich swoje ulubione, na niektóre reaguje właściwym dźwiękiem (uwielbia krowę, która w jego wykonaniu nie robi „muu” tylko „mmm”). Jest to zdecydowanie ciekawa i niedroga pomoc edukacyjna, dająca wiele możliwości wykorzystania w domowych warunkach.


Z okazji roczku Franek dostał w prezencie od swojej koleżanki karty na sznureczku „Pojazdy” od CzuCzu. Kolejny ciekawy gadżet do wykorzystania w nauce dźwięków. Ilustracje przedstawiające różne pojazdy są opisane odpowiednimi wyrazami dźwiękonaśladowczymi. Mam pewne zastrzeżenie zarówno do grafiki, jak i do doboru owych wyrazów (traktor robi tyr-tyr, a trucker robi tur-tur), ale przez długi czas synek był żywo zainteresowany tymi kartami, które w fantastyczny sposób umilały nam podróże samochodem czy długie spacery w wózku.


Na końcu dodam, że naszym podstawowym narzędziem edukacyjnym w zabawie w dźwiękonaśladownictwo jest… nasze otoczenie. Korzystamy z każdej okazji i powtarzamy dźwięki. Wielu z nich synek nie potrafi wymówić, ale z ogromną fascynacją słucha tego, co ja opowiadam. Niektórych dźwięków nie pamięta kilka dni po tym, jak je opanował, ale po jakimś czasie znowu do nich wraca. Bawimy się więc wspólnie, ucząc się, jak brzmi świat. 

ANIA

W poście udział wzięli:
„Księga dźwięków” Soledad Bravi, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2016
„Pucio uczy się mówić” Marta Galewska-Kustra, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2016
„Lalo gra na bębnie”, „Babo chce”, Eva Susso, Benjamin Chaud, wyd. Zakamarki, Poznań 2016
„Poznaję świat. Dźwięki”, Natalia i Krzysztof Minge, wyd. Edgard, Warszawa 2015
„Karty obrazkowe na sznureczku. Pojazdy”, CzuCzu


8 komentarzy:

  1. Nigdy nie korzystałyśmy z takich pomocy :) Kapitana Naukę jednak bardzo lubimy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas te pomoce w zupełnie przypadkowy sposób się pojawiały, a myśląc o kolejnym wpisie uświadomiłam sobie, że już mała kolekcja się uzbierała. :-)

      Usuń
  2. Mamy Pucia i CzuCzu. Mamy też mnóstwo kartonowych książeczek. Hania uwielbiała i uwielbia gdy siedzi się z nią przed książką. Ma już 3 lata i buzia jej się nie zamyka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie pojawił się nowy Pucio - my niedługo kupimy, a Wy? :-)

      Usuń
  3. U nas Księga była hitem. Tygrys wertował ją na okrągło. Nie raz bladym świtem zdarzyło mi się zasnąć z Księgą i Synkiem na rękach. Raz nawet w pól śnie wyrwało mi się, że żona robi kra kra :) Pucia wypożyczyliśmy z biblioteki i przez miesiąc był w ciągłym użyciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żona robi kra kra? :-) Teraz pojawił się nowy Pucio, zamierzamy niedługo go kupić, co i Wam polecam, skoro pierwsza część przypadła Wam do gustu.

      Usuń
  4. Super, naprawdę! Uwielbiam takie książki!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że post się podobał. :-)

      Usuń