Gdzieś tam pewnie nie raz już wspominałam, że mieszkamy na wsi koo małego miasteczka w woj. łódzkim. Pamiętam, że mając lat naście czasem myślałam, że fajnie byłoby wyrwać się gdzieś dalej, gdzieś gdzie dzieje się więcej... Wraz z wiekiem oczywiście mi to przeszło a od momentu jak urodziła się Dusia (miałam 20 lat) to już wyjścia nie kusiły tak bardzo... Aktualnie jakiś pup aby raz na pół roku wybrać się Grześkiem na piwko zawsze znajdzie się, kino mamy, czasem jakiś koncert... Wiadomo, bywają chwile, że wyszło by się z domu, chciało by się coś pobawić ale... Nie o tym dziś...
Od kilku lat ważniejsze jest dla mnie by me dziecko miało fajnie, żeby było wesoło. I tu powiedzieć Wam muszę, że z roku na rok coraz bardziej pozytywnie zdziwiona jestem, że w tym moim małym miasteczku coś dla najmłodszych dzieje się. Mamy basen, zimą lodowisko, latem po zalewie można popływać łódeczką... tylko wiadomo, że takowe atrakcje kosztują... Nie możemy sobie pozwolić by często z tego korzystać ale od czasu do czasu... Raz w roku oczywiście też większa impreza plenerowa czyli dni naszego miasta, co któryś rok dożynki a i dwa razy finał Milki (pochwale się, że moja Rawa raz zajęła 3 miejsce a potem 2 :d). Jest koncert, jest wesołe miasteczko... każda karuzela po kilka złoty, wokół pełno pierdółek kuszących dziecko no i wata cukrowa... Zazwyczaj bywamy i jest fajnie. Dusia wiadomo, że chciałaby wszędzie a i coś do domy też przynieść jednak nie zafundujemy każdej karuzeli i stu tysięcy baloników więc na wstępie jest umowa... 3 atrakcje i popcorn... a jak chce jednak na 4 to rezygnujemy z zakupu świecidełka... Oczywiście pojawiają się smuteczki i foszki gdy zabawa kończy się ale zawsze potem gdy wracamy już do domu to Dziecko Nasze stwierdza, że było super :).
